Na początku był zeszyt. Taki zwyczajny w niebieskiej okładce. Leżał w pudełku na książki, a pudełko na parapecie okna na parterze klatki schodowej czteropiętrowego bloku. Kto i po co zostawił tu zeszyt? Co znajduje się w środku? Kolejne pytania bardzo szybko zapełniły całą przestrzeń. Narrator głośno westchnął.

Dlaczego?
Pytanie zadał Narrator.
– Dlaczego musimy o tym pisać? Tak brzmiało w całości.
– Bo to ciekawe.
– Te bazgroły ciekawe?
– Przesadzasz, pismo jest ładne i wyraźne.
– Ale dlaczego zielone? Kolejne dlaczego.
– Może nie miał innego wkładu.
– Albo nie miała.
Moja rozmowa z Narratorem toczyła się jak zwykle między filiżanką kawy i szklanką herbaty. Ja piłam herbatę, on kawę. W centralnym miejscu na stole leżał tajemniczy zeszyt, a w nim niedokończona opowieść.
Opowieść
Nie czytałam na głos. Nie musiałam. Narrator już dawno ujawnił swoje zdolności telepatyczne, więc gdy czytałam, on czytał ze mną z moich myśli.
Noc poprzedzająca najbardziej niezwykły dzień w życiu Pawła nie wyróżniała się niczym szczególnym. Już po drugim kuflu piwa Paweł stwierdził, że była nijaka i pozbawiona sensu. Naprzeciwko niego za barowym stolikiem siedział Witek, dawny przyjaciel z lat szkolnych. Jak zwykle w takim miejscu strzelał oczami na boki w poszukiwaniu ładnej i chętnej panienki. Patrząc na jego zezującą, otyłą gębę, Paweł doszedł do wniosku, że dobrze by było zasnąć na parę miesięcy i obudzić się dopiero na wiosnę. Dziwne, że kilka godzin temu w podskokach podbiegł do Witka. Sam go zaczepił i zaciągnął do knajpy, żeby świętować swój pierwszy i jak miał nadzieję nie ostatni sukces pisarki. Wreszcie jedna z jego książek została zauważona i doceniona nie tylko przez nielicznych czytelników, ale również przez wybitnych krytyków literackich. Niestety wystarczyło trochę czasu spędzić z Witkiem i dzień pełen blasku sławy nagle zmienił się w mroczną noc zimową.
– Chyba już pójdę – mruknął Paweł, na co Witek niecierpliwie machnął ręką.
– Mówiłem ci, jak mnie ta gnida załatwiła?! Muszę spłacać swój własny samochód.
Paweł głośno westchnął. Nie wiadomo po raz który z kolei wysłuchiwał wciąż tej samej historii o byłej żonie Witka. Alicja tak jak dwie jej poprzedniczki z gwiazdeczki, koteczka i miodziku stała się pazernym na pieniądze babskiem.
– Jeszcze jedno piwo proszę – Witek kiwnął na przechodzącą obok kelnerkę.
– Nie, ja mam dosyć . I znów protest Pawła zatonął w gęstych obłokach dymu tytoniowego i oparach unoszących się znad kufli z piwem.
– Czy w pubie można palić? – zdziwił się Narrator.
– Nie wiem – burknęłam zniecierpliwiona. Chciałam czytać dalej.
– Ciekawe, czy autorka to wiedziała? Narrator wciąż drążył dziurę w całym.
– Skąd wiesz, że autorka?
– Coś mi się tak wydaje.
– Mam czytać, czy dać sobie spokój?
– Czytaj, zobaczymy, co ona jeszcze wymyśliła.
– Jaka ona? Tego pytania nie zadałam, wolałam wrócić do lektury.
Po co ja tu przyszedłem? Paweł chciał odejść, uciec daleko od Witka i ciemnych ścian pubu, w którym siedzieli jak szczury w klatce. Jednak nie potrafił ruszyć się z miejsca. Jedynie myśli swobodnie przelatywały mu przez głowę, głównie pytania, na które nie mógł odpowiedzieć.
– Widzisz tę laskę? Oczy Witka na moment stanęły w miejscu dokładnie lustrując nowoprzybyłą dziewczynę. – Ma niezłe nogi, ale poza tym wygląda jak jebnięta feministka.
Paweł niechętnie odwrócił głowę. Przy drzwiach stała młoda, na oko dwudziestoletnia dziewczyna cała w tatuażach i z fioletowymi dredami.
– Ciekawa – rzucił w stronę przyjaciela, ale Witka już nie było. Czyżby poszedł podrywać nieznajomą? Paweł nie miał zamiaru czekać na finał barowych amorów. Podniósł się z krzesła i skierował w stronę wyjścia. Wiedział, że Witek będzie wściekły, gdy się okaże, że sam musi uregulować rachunek, ale w tej chwili nic, a nic go to nie obchodziło. Na zewnątrz czekała na niego dziewczyna i jej kolega.
– Przecież dopiero co weszła i już wyszła? – oburzył się Narrator. – Chyba autorka miała dość pubu i stąd ta nagła zmiana scenerii.
– A ty wciąż się upierasz, że to autorka.
– Tak, mam nawet podejrzenie, że sama podrzuciłaś ten zeszyt, a teraz udajesz, że nie znasz treści.
– Ja? Żartujesz sobie? Dość mam własnych opowieści, żeby jeszcze dodawać do tego jakiś stary zeszyt.
– Oto chodzi, że nie masz. Jakbyś miała, nie czytalibyśmy tej opowieści.
– Dobrze, w takim razie nie czytam. Odłożyłam zeszyt. Wiedziałam, że ciekawość Narratora zwycięży. I tak, zwyciężyła.
– Weronika – przedstawiła się nieznajoma, a to mój przyjaciel Toszeńko.
– Święty z aureolą – pomyślał Paweł, gdy kątem oka ujrzał wokół mężczyzny jasny blask. – Tylko imię trochę głupawe jak na świętego.
– Masz rację, chociaż nie imię i nie szata zdobi człowieka.
Paweł czuł, że się rumieni. Czyżby wstydził się swoich myśli przed obcym facetem. Zaraz, zaraz, jakim cudem ten facet znał jego myśli?
– Przepraszam, później ci to wszystko wyjaśnię. Teraz nie ma już na to czasu.
Dlaczego nie ma czasu? Gdzie się spieszyli? Czy teraz wsiądą na pokład statku kosmicznego? Czy ta dziewczyna i starszy od niej o jakieś dziesięć lat facet są kosmitami, którzy z jakiegoś powodu postanowili porwać młodego pisarza? Wszystkie te pytania pojawiły się w głowie Pawła, gdy z oświetlonej ulicy skręcili w mroczny zaułek i głowa Toszeńko rozbłysła niczym włączona do kontaktu żarówka.
– Niezłe efekty specjalne – pomyślał Paweł, rozglądając się ciekawie dookoła. Szli po kocich łbach małej krętej uliczki. Z obu stron pochylały się nad nimi nagie, pokryte śniegiem drzewa. W oddali widać było ciemne zarysy jakiegoś domu, latarnie i cienie rozległego parku. Powoli zbliżali się do…
– Rety, mamy jechać czymś takim? – krzyknął Paweł na widok zaparkowanego na poboczu obłażącego z seledynowej farby starego trabanta.
– Nie, z pewnością do tego nie wsiądę.
– Naprawdę nie chcesz, żebyśmy cię podwieźli do domu? Uśmiechnął się Toszeńko, otwierając drzwi swojej starej kupy złomu.
– Do domu?! Oni się tak po prostu spieszyli do domu? Nie, ja mam dosyć. Głowa mnie już boli od tego. Narrator podniósł się z miejsca i skierował w stronę szafy. Wiedziałam, że za chwilę otworzy drzwi i zniknie. Zostanę sama z tajemniczym zeszytem. Dlaczego na myśl o dalszej lekturze, poczułam niepokój?
P. S. Może się położę, odpocznę, na chwilę zapomnę o Pawle, Toszeńko i Weronice. Potem znów się za to zabiorę, jak tylko odzyskam siły. Czy mi się wydawało, czy naprawdę zeszyt zamruczał: skończę z tobą?
Autorem obrazu w tle jest Jungho Lee


