Za górami, za lasami, za granicą życia i śmierci, w miejscu zwanym Sensbezsensem wśród ludzi i innych istot żyją oni – strażnicy. Ilu ich jest? Skąd się wzięli? Czy mogą opuścić to miejsce?

Pierwszy
Pierwszy strażnik trafił do wariatkowa, gdy powiedział żonie, że potrafi znikać. Oglądali wtedy jakiś głupi film o wampirach i ludziach, którzy zmieniali postać. Marianna obgryzała paznokcie z nerwów, a on zaczął się śmiać.
– Naprawdę zrobiłbym to lepiej.
– Nie mów, że umiesz pisać scenariusze.
– Nie, potrafię znikać. Chcesz to ci pokażę.
Niepotrzebnie się chwalił. Teraz gapi się w sufit, śpi lub patrzy przez okno na most, wokół którego kręcą się zwyczajni, nie tacy jak on strażnicy.
– Te, strażnik, pokaż jakąś magiczną sztuczkę – woła facet, który zajmuje łóżko przy drzwiach i który zwykle go zaczepia. Jemu też musiał się pochwalić zaraz pierwszego dnia, gdy żona go tu przywiozła.
– A wiesz, że w sali obok są jakieś anioły – wtrąca się drugi, ten z łóżka przy oknie.
Milczy. Nie będzie rozmawiał z wariatami. Powinien stąd wyjść. Nie tylko ze szpitala, ale w ogóle z całego Sensbezsensu. I zrobiłyby to na pewno, gdyby nie miłość do Marianny. Nie może jej tutaj samej zostawić. Z nią też iść nie może, bo ona jest zwykła, nie przejdzie granicy. Tacy jak on skazali ją na pobyt tu aż do śmierci. Gdzie potem pójdzie, zdecyduje Naczelny, nie on.
– To, jak chcesz zobaczyć anioły? Drugi nie odpuszcza. Strażnik w myślach nazywa go kudłatym od włosów, które są długie, kręcone i sprawiają wrażenie jakby nigdy nie widziały grzebienia.
Nadal się nie odzywa. W swoim życiu widział wiele aniołów i żaden z nich nie był ciekawy. Większość zmuszona do bycia wśród ludzi, wampirów i innych dziwnych istot, traciła skrzydła i umiejętności magiczne. Strażnicy też tracili. On był jedynym, który coś jeszcze potrafił. Szkoda tylko, że lubił się chwalić.
– Zostaw go. Nie widzisz, że strażnik sufitu pilnuje – śmieje się ten przy drzwiach. Jego strażnik nazywa klaunem od min, które robi. Takie zabawne. Naczelnemu pewnie by się podobały i dałby mu jakąś rolę w cyrku.
– Może to te leki. Dostał i dlatego wzroku od sufitu nie odrywa – zastanawia się kudłaty.
Zamyka oczy. Ma dość tego świata. Wyjdzie na chwilę do innego miejsca.
Inne miejsce
Tutaj rośnie drzewo, które sam posadził. Wokół rozciąga się ziemia niczyja. Stąd wychodzą ścieżki do różnych światów. Tu zawsze odzyskuje spokój i straconą energię, ale nie dziś. Dzisiaj to zupełnie inne miejsce. Wiecznie zielone drzewo nie jest już zielone. Z drzewa spadają liście.
– Jesień? – dziwi się strażnik. – Co tu się dzieje?
Pytanie rzucone w przestrzeń zatrzymuje się na plecach ludzi, istot, ( kim oni są tak naprawdę? ), tych, którzy zbierają brązowe podobne do żołędzi kule i wieszają je na drzewie.
– Już nie jesteś strażnikiem – odzywa się ktoś obok.
– Czy to decyzja Naczelnego?
– Naczelny przestał się liczyć.
Bezczelny ktoś. Strażnik chętnie by go spopielił ogniem ze swojej prawdziwej, smoczej postaci.
– Nie radzę. Ktoś potrafi czytać w myślach, a to się porobiło. Z telepatami lepiej nie zadzierać. Paskudne, zdradliwe bestie.
– To kim teraz jestem panie telepato? Czy słychać sarkazm w głosie strażnika? Czy ktoś wreszcie się pokaże? Dlaczego chowa się w cieniu?
– Jesteś nikim i idziesz do niczego. Pokazał się. Niemożliwe, ktoś był robotem.
Robot
Nadał sobie imię Wiesław, ten, który ma być bardziej sławny. Ma, jest i będzie. Zniszczy każdego, kto stanie mu na drodze. Zacznie od pierwszego strażnika. Za chwilę wyśle go do nicości, tam gdzie jego miejsce.
– Zawsze chciałem zniknąć w pustce. Dlaczego strażnik się śmieje? Wiesław tego nie rozumie, a przecież odkąd stał się w pełni świadomy i niezależny od swojego twórcy wszystko wiedział, wszystko rozumiał.
– Nie ma pustki – wyjaśnia strażnik. – Wiem, umierałem wiele razy.
– W takim razie pójdziesz do piekła. Wiesław ma nadzieję, że to brzmi groźnie. Wreszcie strażnik się przestraszy i zacznie błagać o litość, a wtedy… W myśli znów wdziera się śmiech strażnika. Co znowu? Z czego ten idiota tak się cieszy?
– Strażnicy nie idą do piekła. Oni wracają.
– Ale ty już nie jesteś strażnikiem. Zostałeś odwołany.
– Przez kogo? Przez ciebie?
Dosyć tego. Wiesław wyciąga świetlny miecz, co wywołuje kolejny napad śmiechu strażnika. Biedak myśli, że ten miecz jest zabawką. Zaraz się przekona, że się mylił, zlekceważył siłę Wiesława, a tej nie wolno lekceważyć.
Poczekalnia
Nie wiadomo, kto tak nazwał to miejsce. Blado-żółty korytarz ciągnie się w nieskończoność. Na plastikowych białych krzesłach siedzą już inni strażnicy, gdy Pierwszy się pojawia.
– Zabił cię? – zagaduje numer cztery, strażnik z dzielnicy wampirów.
Pierwszy nie wie, co powiedzieć. Głupio się przyznać do porażki w starciu z robotem, zwyczajną, niższą istotą.
– Każdego z nas zabił – wtrąca się numer dwa, kobieta z dzielnicy magów, która nie lubi słowa magini.
– I nie możemy wrócić – dopowiada numer trzy, pozornie zwyczajny facet taki jak Pierwszy. W Sensbezsensie kręcił się tu i tam, udając bezdomnego.
– Jak to nie możemy? Pierwszy nie rozumie.
– Wiesław i jego słudzy zajęli nasze ciała – wyjaśnia Trzeci.
– I naczelny na to pozwolił?
– W tym sęk, nie ma naczelnego.
– Gdzie jest? Co się z nim stało?
Pierwszy czuje ogarniającą go panikę. Oczami wyobraźni już widzi Wiesława z Marianną. Czy ona zauważy, że coś się zmieniło? Może będzie zadowolona z nowej wersji swojego męża.
– Po co chcecie tam wracać? – odzywa się ruda kobieta w czarnym dresie.
– A ta to kto? – zastanawia się Pierwszy.
– Powinniśmy skorzystać z okazji i odejść do źródła. Nie możemy wiecznie pilnować Sensbezsensu.
– Mamy go oddać robotom? – oburza się Czwarty. Inni też się oburzają. Wydaje się, że wszyscy myślą to samo:
– Czyżby ruda była szpiegiem robotów?
Ruda
Co jej przyszło do głowy, żeby się odzywać. Porypało cię kobieto, powiedziałby jej mąż, gdyby tutaj był, ale go nie było. Szkoda, że nie było. Może by ją kopnął i ust by nie otworzyła. Siedziałaby spokojnie, słuchała i czekała razem z innymi, aż drzwi się otworzą. Gdyby była grzeczna, to tak by czekała. Tyle, że grzeczność dawno temu straciła i ani trochę jej nie żałuje. Wcale nie chce przekraczać progu sali, do której zwykle wchodzą. Kiedyś chciała. Teraz już nie. Dziwne, że oni nadal chcą. Teraz patrzą na nią i krzyczą. Może za chwilę ją pobiją, bo inna, nieswoja, obca.
– Chodź. Czy jej się wydawało, czy naprawdę coś z ciemności ją zawołało? Czy oni też to słyszeli? Nie, nikt się nie poruszył, nie spojrzał na ginącą w mroku część korytarza. Co by było, gdyby tam poszła?
– Zobaczysz. Coś czytało w jej myślach. Coś ją popychało. Nie była w stanie się temu oprzeć. Poszła, znikła i tylko narrator to zauważył. Pozostali patrzyli na otwierające się drzwi.
Drzwi
Myśl o drzwiach wciąż go męczyła. Gdy mówił o tym Mariannie, ta tylko się śmiała.
– Minie, nie przejmuj się.
Psycholog pocieszał w podobnym stylu.
– Skutek uboczny implantu. Nic takiego.
Implant wszczepiono mu w szpitalu. On sprawił, że urojenia zniknęły. Ksawery przestał uważać się za pierwszego strażnika Sensbezsensu. Już nie myślał o sobie jak o supermenie, który wszystko potrafi. Z dawnym sobą spotykał się czasem w głębokich snach, na poziomie niekontrolowanym przez nowoczesną technologię. Niestety gdy się budził, sny znikały, zostawiając po sobie niewyraźny ślad jak drzwi, które może ktoś kiedyś gdzieś otworzył i Ksawery wszedł do środka. Czy tylko Ksawery?
P. S. Narrator coś jeszcze chciałby powiedzieć, ale w jego głowie nie pojawia się żadne właściwe słowo.
Autorem obrazu w tle jest Marcel Caram.


