Ciotka Dynia.

Ciotka Dynia.

Jak to możliwe, że nic jeszcze o niej nie napisałam lub prawie nic? Wciąż siedzi na marginesie i trzęsie się ze złości na moje niedopatrzenie, niewybaczalny brak uwagi. Tyle słów o Kanciastym, a o niej jedynie, że go spotkała na dworcu Sensbezsensu, świata po śmierci. Trochę później razem z nim trafiła do szkoły w przestrzeni Obok. Uczyła tam dzieci czytania i pisania. Ale kim była? Skąd się wzięła? Jak wyglądała? Jakim uczuciem darzyła Kanciastego? Co się z nią stało? Czy tak jak Kanciasty istnieje w różnych wersjach? Stos pytań, na które razem z Narratorem muszę odpowiedzieć.

Autor obrazu: Afarin Sajedi

Ja-narrator.

Po spotkaniu z Panem Kanciastym siadam za klawiaturą laptopa z pewną obawą. Czy warto opisywać Ciotkę Dynię? Co jeśli ona też mnie odwiedzi? Czy wyjmie z kieszeni pistolet, którym spróbuje mnie zastrzelić? Czy poda mi ciasto nasączone arszenikiem? Kręcę się chwilę, rozglądam jakby Ciotka Dynia już gdzieś się kryła, już czekała na odpowiedni moment, żeby mnie zaatakować. Nic się jednak nie dzieje. Nawet Los się nie odzywa. Lubisłowa również się nie pokazuje. Chyba zostałam sama. Słychać jednie uderzające w okno krople deszczu.

Deszcz.

Nie pamięta jak znalazła się w tym pociągu. Dokąd chciała jechać? Czy wybierała się nad morze, czy w góry? Za oknem prawie nic nie widać. Szczegóły krajobrazu rozmywają się w deszczu. Dziwne, że deszcz tyle potrafi zasłonić.

– To niezwyczajny deszcz – odzywa się siedząca obok kobieta w letniej niebieskiej sukience w czerwone róże. – Jedziemy do Sensbezsensu.

– Gdzie? – Aldona zwana Dynią rozgląda się jakby mogła stąd zobaczyć cel podróży. Jednak nadal nic nie może dostrzec.

– Podróżujemy między światami, dlatego nic nie widać – informuje ją współpasażerka.

– Jeszcze jedna nawiedzona – myśli Dynia. Dość takich spotkała w swoim życiu: sąsiadów, niby lekarzy, koleżanek, ludzi, których nie lubiła, których się bała. I teraz ta tutaj. Nie dość, że za oknem nic nie widać, to jeszcze jakaś baba niespełna rozumu jedzie z nią w tym samym przedziale. Może powinna się przesiąść? Tylko gdzie jest jej bagaż i dlaczego lustro nie odbija jej twarzy?

– Niech pani lepiej usiądzie. Zaraz będziemy przejeżdżać przez tunel.

Jak na zawołanie pojawia się ciemność. Dynia krzyczy.

Ja-narrator.

Zastanawiam się, czy naprawdę Dynia krzyczała. Dotąd pewna siebie, odważna, zmieniła się w histeryczkę? Czy deszcz może rozmyć krajobraz? I kiedy moja bohaterka znów stała się sobą? Szkoda, że Los i Lubisłowa gdzieś sobie poszli. Może oni znaliby odpowiedzi na moje pytania.

W Sensbezsensie.

Deszcz przestał padać. Dynia wreszcie zobaczyła wszystko, co chciała zobaczyć. Prawie wszystko, bo jednak zegarów brakowało. Również ten, który zwykle nosiła na ręce, przepadł nie wiadomo gdzie i kiedy. Znikła też komórka, którą nosiła w małej różowej torebce. Brązową walizkę na kółkach zastąpiła jakaś szara torba i szary plecak.

– Widzisz ten telefon tam po lewej? Możesz zadzwonić do bliskiej osoby, która już tu mieszka – kobieta w letniej sukience wskazała Dyni stary, czarny apart z tarczą przymocowany do słupa.

– Trzymaj się ja już muszę iść.

Poszła sobie, wreszcie. Dynia westchnęła z ulgą. Potem zobaczyła Kanciastego podchodzącego do telefonu i poczuła motyle w brzuchu.

Przestrzeń Obok.

Gdy Kanciasty zaczął wprowadzać do Sensbezsensu swoje liczby, a Ciotka Dynia litery, oboje zostali wyrzuceni do Przestrzeni Obok i tu wreszcie zaczęli się realizować. Kanciasty został nauczycielem matematyki, Dynia języka, kultury i literatury polskiej.

– Chciałabym być liczbą w jego zeszycie – marzyła Dynia za każdym razem, kiedy spojrzała na Kanciastego. Ja-narrator nie bardzo wiem, co w nim widziała, ale ostatecznie zgadzam się, że o gustach się nie dyskutuje. Dynia i Kanciasty pasują do siebie jak Flip i Flap. Ona niska, tłusta, okrągła. On chudy, wysoki, prostokątny. Ona mówi do niego wierszem. On do niej prostymi zdaniami. Ona tworzy w myślach baśniowe fabuły. On rozwiązuje zadania tekstowe. Mijają się. Zawsze się mijali, lecz jej się wydaje, że są dla siebie stworzeni. Jemu z kolei, że ona mogłaby, gdyby chciała, rozwinąć swoje umiejętności matematycznego myślenia. Mogłaby też mieć dłuższe, bardziej gęste włosy i znacznie szczuplejszą figurę.

. – Czy ona nie widzi, że naprawdę wygląda jak dynia?

– Czy on mnie w ogóle zauważa?

– Ależ z nich para.

– Paskudy, my was załatwimy.

Ostatnie myśli wyłoniły się z umysłów niegrzecznych, bardzo złych uczniów. Spokojnie można by ich nazwać terrorystami. Umieścili w szkole bombę. Za chwilę szkoła razem z Dynią i Kanciastym wyleci w powietrze. Trochę później pojawi się w innych światach, bo przecież chwasty odrastają jak nie tu, to tam.

Inne światy i cała reszta.

Po jakimś czasie znów jest pierwszy września, ósma rano, Kanciasty i Dynia zadowoleni przekraczają próg nowej, pięknej, nowoczesnej szkoły. Nie wiedzą, że już kiedyś w podobnej szkole uczyli, że po raz pierwszy spotkali się w Sensbezsensie, że wtedy on też był chudy, ona gruba; on ją lubił, ona go kochała. Wchodzą do budynku, który w ich oczach nabiera kształtu ciepłego, kochanego miejsca. Jest i będzie ich jedynym domem. Tutaj zaczną nie tylko uczyć, ale również spędzą każdy dzień swojego życia. Część szkoły zajmują mieszkania dla nauczycieli i uczniów. Pierwszego dnia wszyscy się do wszystkich uśmiechają, lecz nie wszyscy szczerze. Wśród uczniów stoją przyszli terroryści Marek i Darek.

Historia znów potoczy się tym samym kołem. Ja-narrator mogę spokojnie przejść do ostatnich pytań i odpowiedzi.

Nie wiem, czy istnieją inne wersje Dyni, jednak bardzo się ich boję. W wyobraźni już słyszę najpierw ciche, potem coraz bardziej głośne pukanie. To ona przyszła, żeby mnie zabić. Sądzi podobnie jak Kanciasty, że gdy mnie usunie, pojawią się przed nią nowe, nieznane perspektywy. Tyle, że mnie narratora nie da się usunąć, o czym przekonał się Kanciasty. Ale zostawmy wyobraźnię w spokoju, bo dalsze pytania czekają w kolejce do odpowiedzi.

Dynia wzięła się z małej wsi zwanej Fablice. Nie ma jej na mapie. Nie szukajcie. Zawsze błyszczała jako grzeczna dziewczynka, wzorowa uczennica. Jej rodzice chodzili z jej powodu dumni jak pawie. Niestety na starość duma przeszła w rozczarowanie. Jedyna córka nie chciała się nimi zajmować. Poza tym nie miała czasu. Zajęła ją kariera posłusznej, wymagającej nauczycielki w pewnym wielkim mieście. Tu wpadła kiedyś pod samochód lub raczej samochód z pijanym kierowcą wpadł na nią i tak znalazła się w Sensbezsensie.

Jak wyglądała? Zwyczajna, czarnowłosa kobieta ze skłonnością do tycia. Ja- narrator nie potrafiłam znaleźć jej prawdziwego zdjęcia. Zostało tylko to pokazujące ewentualne możliwości. Kiedyś w przyszłości, gdy czas popłynie inną ścieżką, szyja Dyni się wydłuży razem z całą sylwetką. Wyrosną dodatkowe ręce, włosy zgęstnieją, ściemnieją i zaczną spadać czarnymi kroplami na nią i jej otoczenie. Czy wtedy Kanciasty ją pokocha? I czy ona jeszcze będzie go kochać? Wybaczcie, ale to już temat na całkiem inną opowieść. Starą dopełnić mogą opowieści o Dyni i Kanciastym, które znajdziecie na moim drugim blogu:

Sensbezsens czyli czy można stąd uciec? https://pociecha2.blogspot.com/2017/09/sensbezsens-czyli-czy-mozna-stad-uciec.html Nicość https://pociecha2.blogspot.com/2018/01/nicosc.html Drzwi https://pociecha2.blogspot.com/2018/04/drzwi.html Nadzieja, sens i bezsens https://pociecha2.blogspot.com/2019/04/nadzieja-sens-i-bezsens.html

P. S. Czy chcielibyście mieć taką ciotkę? Jakie są Wasze ciotki? Lubicie wszystkie?

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
2 komentarzy
Newest
Oldest
Inline Feedbacks
View all comments
23 października 2020 06:40

Ciocie dynie bywają chyba w każdej rodzinie. Ogromność ich zdaje się być dla ich bliskich i niebliskich fizycznym zagrożeniem. A tymczasem prawie każda ciocia-dynia jest bardziej delikatna w obejściu niż niejedna niedynia. I nawet w tańcu prawie zawsze unoszą się w powietrzu. A te najzwyklejsze dynie, nieciocie dynie, zarastające ogródki wesołych ogrodników – kocham, bo tak ładnie rosną i mają ciekawie kontrastujące z ogródkową gawiedzią sukienki.

2
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x