Miejsca – miasto.

Miejsca – miasto.

Każde, nawet stara porzucona toaleta, nosi w sobie jakąś krótszą lub dłuższą opowieść. Trzeba tylko umieć ją wydobyć, wygrzebać z środka, wytrzepać z brudu,wyprać, powiesić, wyprasować. Nie, trochę za dużo tych wszystkich czynności. Lubisłowa przerażona ucieka. Ja-narrator stoję, patrzę, czekam, aż historia sama się pojawi. Pojawi się?

Autor obrazu: Jacek Yerka.

Głowa.

Miasto znajdowało się na wysokiej, skalistej górze. Kto je tam zbudował i dlaczego? Na to pytanie nikt nie znał odpowiedzi. Według jednej z wielu legend miasto powstało samo z siebie. Wyrosło jako guz na głowie olbrzyma, przodka obecnych ludzi. Kim był olbrzym? Dlaczego tylko on został? Co się stało z pozostałymi? Jak wygląda życie poza miastem? Ostatnie pytanie wydawało się niektórym szczególnie ważne. Niektórym, bo reszta wolała nie znać odpowiedzi. Z góry nikt nie schodził. Miasto posiadało wszystko, czego potrzebowali mieszkańcy, więc po co ryzykować zejście po stromej skale? A jeśli tam na dole znajdowało się piekło? Lepiej już wysłać statek kosmiczny na inną planetę niż badać tajemnicę dołu. Tak myśleli zwyczajni ludzie: urzędnicy, uczeni, nauczyciele, pracownicy fizyczni i umysłowi, nawet twórcy wszelkiego rodzaju. Tylko Bożeciecha, Bogdan, Jaromir i kilku innych dziwaków myślało inaczej.

– Zejdziemy na dół i sprawdzimy jak tam jest – zdecydowała odważna Bożeciecha.

– A jeśli tam naprawdę jest piekło – Bogdan nigdy nie należał do odważnych.

– Nie mamy sprzętu, żeby zejść na dół – stwierdził praktyczny Jaromir.

– Załatwi się – postanowiła Bożeciecha.

I załatwiła, bo ona jedna potrafiła załatwiać, to co chciała. Niestety chłopaki w ostatniej chwili stchórzyli i sama musiała zejść na dół.

Ja-narrator.

Patrzę bezradnie na kawałek historii, który się przede mną pojawił. Reszta nadal tkwi głęboko w ziemi. Gdzieś po drodze utknęła. I co teraz? Teraz zaczyna padać deszcz. Obraz z wizerunkiem głowy się przekrzywia. Czuję, że bez pomocy Lubisłowy nic z tego nie będzie. Jedynie płacz i zgrzytanie zębów.

Płacz i zgrzytanie zębów.

Te oczywiste dźwięki smutku pomieszanego ze złością dochodziły z domu rodziców Bożeciechy, ponieważ ich córka zniknęła. Jej przyjaciele najpierw nie chcieli nic mówić, a jak już zaczęli, wylało się z nich wszystko i szybko musieli uciekać przed gniewem bliskich Bożeciechy.

– I co teraz? – zapytał przerażony Bogdan, który zwykle pierwszy wpadał w panikę.

– Pójdziemy jej poszukać – zdecydował Jaromir.

– Może ty idź. Ja tu poczekam. Jaromir poszedł. Bogdan został i wkrótce potem zaczął żałować, że nie poszedł z przyjacielem.

Rozpad.

Po zniknięciu Bożeciechy i Jaromira miasto powoli zaczęło się rozpadać. Pierwsze pojawiły się rysy na urzędach, szkołach, sklepach, kinach, teatrach, wszelkich ważnych dla ludzi budynkach. Potem na każdym domu. Całość przypominała powoli rozkładające się chore ciało.

– Co z nami będzie? – rozpaczali mieszkańcy, gdy zobaczyli, że w żaden sposób nie da się powstrzymać postępującego rozkładu.

– To przeze mnie, bo nie poszedłem z Jaro – obwiniał się Bogdan. Jednak myśl, że miałby sam zejść na dół nadal budziła w nim lęk.

Władze miasta zainwestowały w namioty, ale one też okazały się nietrwałe. Darły się, a razem z nimi ubrania, które nosili mieszkańcy.

– Co robić? – zastanawiał się prezydent miasta.

– Ewakuować ludność do bazy księżycowej albo tej na Marsie – powiedział jeden z doradców.

– Zejść na dół – zaproponował drugi doradca.

– Część ludzi wywieźć na Księżyc, część skierować na dół – wymyślił trzeci doradca.

I to spodobało się najbardziej. Ludzi podzielono na złych i dobrych. Ci źli zostali skierowani na dół, dobrzy na górę. Dlaczego tak, nie inaczej? Bo dołu wszyscy się bali, a góry nie. Tymczasem…

Ja-narrator.

Narracja mnie uśpiła. Znów wyciągnęłam historię nie z tej strony, co trzeba. Teraz trzymam w ręku mały brązowy ogonek bardzo podobny do ogona mojej suni Pociechy. Co można stworzyć z psiego ogona?

Psi ogon.

Pierwsze co zobaczyła Bożeciecha, gdy zeszła na dół. Ogon wystawał z krzaków i należał do małego brązowego psa. Pies najpierw obszczekał nieznajomą, potem zaprowadził ją do innych ludzi. Tak, na dole mieszkali inni ludzie. Wkrótce Bożeciecha ich poznała, a oni poznali Bożeciechę. Zdziwili się, że pochodzi z góry. Dla nich na górze nie istniało żadne życie. Ludzie obdarzyli Bożeciechę przyjaźnią, życzliwością i dlatego nigdy nawet nie pomyślała o powrocie do domu. Podobnie stało się z Jaromirem. Jemu też świat na dole bardziej przypadł do gust niż ten zostawiony na górze. Domyślacie się chyba, że również następni, dawni mieszkańcy góry odkryli, że tutaj jest im lepiej. Co z tymi, którzy polecieli na Księżyc i na Marsa? Szybko się przekonali, że nie trafili do raju. W bazach kosmicznych wszystko raziło sztucznością, iluzją, pustką. Dobrzy ludzie zamiast pławić się w radości, cierpieli.

Morał.

Mnie-narratorowi do głowy przychodzi jeden: nie wszystko złoto, co się świeci. Góra się świeciła, ale w końcu okazała się bombą z opóźnionym zapłonem. Bazy na Księżycu i Marsie też wydawały się wspaniałe, a jednak nie były dobrym rozwiązaniem. Wygrali odważni i ci skazani na pozornie gorsze miejsce, bo nie pasują do reszty społeczeństwa. Morał niesie nadzieję, że w każdej sytuacji znajdziesz coś dobrego lub każda sytuacja minie.

Ech, ja-narrator znów ziewam. Niestety tak na mnie działają morały.

P. S. Macie swoje ulubione miejsca lub takie, których historie chcielibyście poznać?

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
8 komentarzy
Newest
Oldest
Inline Feedbacks
View all comments
Gratiana
31 października 2020 10:53

Piękny dobry tekst pełen symboliki i odniesienia do obecnej sytuacji. Nic dodać, ani nic ująć. Czy dobry i poprawny od strony wartości technicznej literackiej nie mam zielonego pojęcia. Czytając ten tekst przypomniała mi się legenda lub przekaz, bądź podanie o Świętym Gralu i jego historii i tym co zrobiono poprzez wieki ze zwyczajnego drewnianego kubka. Drewniany ciepły prosty kubek stał się złotym kielichem mocno obsadzonym kamieniem szlachetnym, stał się symbolem szczęścia, bogactwa, fortuny i wiecznego życia. Przestał być zwyczajnym ciepłym prostym kubkiem drewnianym pieczołowicie z miłością wyciosanym przez cieślę, by ugasić pragnienie. Przerobiono wodę na wino, choć to woda jest nam niezbędna do życia, a wino nie? Cóż, winem można się upoić i zabić, gdy podane niemowlęciu lub w nadmiarze dziecku. Nie wiem dlaczego teraz mi się to przypomniało:( Mam kilka miejsc szczególnych, ale nie są to miasta, ani inne ludzkie siedliska, a pewna wyspa i pewna polana prawie nie odwiedzana przez człowieka, gdzie rządzi tylko natura i mijane pory roku. Miejsca magiczne. Aniu dobrego czasu 🙂

31 października 2020 06:42

Bożeciecha – symbol wolności! Samodzielnie podejmuje decyzje i nie wycofuje się z ich realizacji. Rusza samotnie na poszukiwanie odpowiedzi i wygrywa. Wspaniała bohaterka!

30 października 2020 12:59

Wzruszyła mnie Bożeciecha, że taka odważna i wolna. I Jaromir, że się w końcu zdecydował. Jedynie oni mieli szanse nie zostać wysłani przez innych, a uprzednio sklasyfikowani. Oni sami dokonali wyboru. Za ścianą naszego lęku zawsze jest jakiś świat. Jak zawsze – piękne imiona. Rozbawił mnie narrator ta swoją potrzebą autonomii. 🙂 Pozdrawiam, Aniu. Pisz dalej, Olga

29 października 2020 20:55

Szanuję tych, których wysłano na Marsa i księżyc. Są kwiatem narodu, są dobrzy. Poza wszystkim, tacy księżycowo-marsowi osadnicy – nam zwykłym ludziom – zawsze będą diabelnie potrzebni. Zaludniając tereny pod przyszłe eldorado, przygotowują dla nas i naszych potomnych miejsca ewakuacji, gdy nadejdą złe dni. A zawsze kiedyś takie mogą nadejsć.

8
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x