Eugenia, Stanisława i Janek-Janka.

Eugenia, Stanisława i Janek-Janka.

Obiecałam, że o nim napiszę. Obiecałam sobie, jemu, swoim bohaterkom i Wam, czytelnikom. Kim jest Janek-Janka? Kto go straszy? Z kim wciąż rozmawia? Dlaczego moje bohaterki go nie lubią i ja też niestety nie darzę go sympatią?

Autor: Dominik Jasiński

Dzień dobry.

Dziś znów je widział i one go widziały. Skrzywiły się, a jedna z nich, ta bardziej wygadana powiedziała dzień dobry i że ładna pogoda, czy coś w ten deseń. Starał się przejść szybko, nie słuchać, udawać, że ich nie zauważył. Dwie stare, ciekawskie kwoki, pierdzące pod siebie babcie, które chyba nie bardzo wiedzą, co mają z sobą robić i dlatego go zaczepiają. Ich słowa przyklejają się do niego na długo, idą z nim, obserwują, komentują, nie pozwalają skupić się na własnych myślach. Po kilka razy musi powtórzyć swoją mantrę, by wreszcie odzyskać spokój i stwierdzić, że jest w osiedlowym markecie. Po co? No tak, chleb mu się skończył. Mógłby jeść kaszę lub ryż, lecz też się skończyły. Kupi sobie co trzeba i wróci do domu, chociaż czy tę klitkę na ostatnim piętrze można w ogóle nazwać domem. Malutka kuchnia, pokój bez balkonu, tyci przedpokój, łazienka, wszystko jakby stworzone dla lalek, nie dla ludzi. Pamięta, matka dała mu kiedyś w prezencie taki domek. Myślała, że się ucieszy, a on rozłożył zabawkę na części jak zepsuty zegarek. Nie znosił dziewczyńskich pierdół. Nienawidził swego ciała, głupiego imienia i nazwiska. Nic do niego nie pasowało. Czuł się jak pogięty, zniszczony kawałek puzzli, starty, pozbawiony znaczenia jak słowa, którymi dwie głupie sąsiadki rzucały w niego. Oby się nimi udławiły.

Eugenia i Stanisława.

– Dziwna ta nasza sąsiadka – zauważa Eugenia między jednym kęsem sernika, a drugim.

– Ech, moda teraz taka.

– Moda na odwracanie głowy w drugą stronę, gdy jej mówisz dzień dobry?

Stanisława wzrusza ramionami. Nie wie co powiedzieć. Jej się też nowa sąsiadka nie podoba.

– Następnym razem nic jej nie mów. Tak będzie najlepiej – poucza Eugenię.

Ja-narrator.

Łatwy temat, myślałam sobie, gdy siadałam, do pisania o Janku-Jance. Tymczasem słowa nagle się ode mnie odwróciły. Żadne nie chciało pokazać się na białym ekranie laptopa. Z kąta pokoju usłyszałam śmiech Losu.

– Bardzo zabawne, co – krzyknęłam w stronę niechcianego gościa.

– Daj mu spokój. Po co chcesz o nim pisać?

– Bo jest ciekawy, bo obiecałam, bo… – Gubię się w szczegółach własnych powodów.

– I co teraz? – na próżno szukam odpowiedzi na twarzy Losu.

Sen.

Śniło mu się, że się nie urodził. Znalazł maszynę czasu, która pozwoliła mu wrócić do samego początku własnego życia i cofnąć się jeszcze dalej. W punkcie zero pozwolił, żeby nicość go połknęła. Przez chwilę, gdy znikał jego umysł, czuł się świetnie. Potem ciszę rozerwał na kawałki dźwięk telefonu.

– No cześć, co u ciebie? – wyczekujący głos matki po drugiej stronie.

– Dobrze.

– Obudziłam cię?

– Nie, ale teraz nie mam czasu – nacisnął czerwoną słuchawkę.

Telefon od matki z samego rana nie zapowiadał niczego dobrego. Pewnie tu przyjedzie, żeby na własne oczy zobaczyć, że nic złego się nie dzieje. Przy okazji pozna dwie głupie sąsiadki. Na pewno sobie porozmawiają.

Eugenia i Stanisława.

– Wiesz kogo dziś poznałam? – chwali się Stanisława swojej koleżance Eugenii.

– Spieszę się – Eugenia udaje, że temat wcale jej nie interesuje.

– Aldonę, matkę naszej sąsiadki – ciągnie niczym niezrażona Stanisława.

Eugenia aż przystaje z wrażenia.

– Powiedziała mi, że od dawna ma z córką tylko problemy. Nasza sąsiadka Janka rozmawia podobno z duchami i wydaje jej się, że jest facetem.

Teraz obie, Eugenia i Stansława stoją i patrzą się na siebie jakby ujrzały zjawę, a ja-narrator sądzę, że złapałam Pana Boga za nogi. Niewiarygodnie piękny temat. Dopiero później Janek-Janka staje mi kością w gardle.

Rozmowy.

Ciągle je musiał prowadzić. Jeśli nie z matką, to z Ludwikiem, duchem, który przyczepił się do niego, gdy poszedł do liceum. Nie pokazywał się, tylko komentował wszystko dookoła. Śmiał się z niego.

– Jesteś głupią babą, ale ja to zmienię – groził. – Znajdę ci chłopa albo sam się z tobą ożenię.

– Akurat już to widzę – Janek-Janka zwykle reagował gniewem na zaczepkę Ludwika.

– Przyjdę do ciebie dziś w nocy. Zobaczysz jak się zabawimy.

– Odczep się idioto – Janek-Janka zakrywał uszy, jednak i tak docierało do niego każde słowo Ludwika.

Lekarze twierdzili, że to schizofrenia. Przepisali leki, męczyli Janka swoimi słowami, receptami na życie. Ludwik nadal szedł z Jankiem w każde miejsce, do którego ten starał się uciec.

Szczęśliwy koniec.

Każdego dnia Janek-Janka kładzie się spać z myślą, że więcej się nie obudzi. Litościwy Bóg zabierze go do siebie. Eugenia i Stanisława cieszą się nową znajomością z Aldoną, która często odwiedza swoją niepełnosprawną córkę. Ja-narrator próbuję wykrzesać z siebie odrobinę sympatii dla Janka. Ani trochę nie pomaga mi w tym jego przekonanie, że tu i teraz jest mistrzem, kimś, kogo Bóg oświecił poprzez cierpienie.

– Taki z ciebie mistrz, a nie potrafisz wygonić Ludwika? – pytam.

– Kretynka – odpowiada.

Nasze rozmowy kończą się, zanim na dobre się zaczęły. Może innym razem uda mi się napisać o nim coś więcej.

P. S. Przez jakiś czas mnie tu nie będzie. Muszę odpocząć od swoich blogowych bohaterów. Wrócę we wrześniu. Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnicie.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
2 komentarzy
Newest
Oldest
Inline Feedbacks
View all comments
Gratiana
15 maja 2020 12:50

Życie ludzie i relacje miedzy nami to ciężki temat. Tymi kilkoma zdaniami weszłaś na grząski grunt takich relacji. Sądów i osądów. A narrator – czy może obojętnie przechodzić przez świat swoich bohaterów. Dałaś mi do myślenia tym wpisem. Z niecierpliwością będę oczekiwać na dalsze losy Twoich bohaterów. Pozdrawiam cieplutko Aniu i udanych wakacji 🙂

2
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x