Eugenia, Stanisława i szczegóły.

Eugenia, Stanisława i szczegóły.

Diabeł tkwi w szczegółach. Zawsze mi to powtarzają, gdy zadaję za dużo pytań. Mówią jeszcze, że jestem upierdliwa i ciekawska.

Po co ci te wszystkie informacje? Oburzają się, a ja wzruszam ramionami. Wiem, że za chwilę wejdę do studni i wygrzebię z niej ukryte fakty.

Ile?

Wysuwa się do przodu jak pierwszomajowy piechur z flagą. Czuje się najważniejsze, bo związane jest z cyframi, a te z Matematyką-Królową.

– Ile masz lat? Ile siwych włosów? Ile czapek, beretów, spódnic, spodni? Ile myśli o obiedzie, o śniadaniu, o zakupach?

Ile może ciągnąć wyliczankę w nieskończoność.

Eugenia i Stanisława marszczą nosy.

– Czy wypada pytać kobietę o wiek? – chmurzy się Eugenia.

– Przecież to nie tajemnica. W marcu skończyłam siedemdziesiąt – przyznaje bardziej posłuszna Stanisława. – Jestem spod znaku Barana.

– I po co się tym chwalisz? – rzuca gniewnie Eugenia. – Nikt ci nie da prezentu.

Stanisława nie reaguje i mówi dalej. – Już tyle mam tych siwych włosów, że nie da się zliczyć. Mogłabym farbować, ale boję się, że wtedy stanę się łysa. O ilości ubrań, nigdy nie myślałam. Przydałoby się trochę nowych. Starych za dużo. Muszę je kiedyś wynieść do tego pojemnika PCK. Myśli nie liczyłam.

– Aleś się rozgadała – Eugenia trze ręce jakby chciała przyłożyć Stanisławie.

Razem z Ile czuję niezadowolenie z milczenia drugiej emerytki.

Kiedy?

Kiedy łączy się solidarnie z Ile. Oboje są pionierami Matematyki. Oboje ją szanują i kochają.

– Kiedy się urodziłaś? Kiedy się tu wprowadziłaś? Kiedy skończyłaś szkołę podstawową? Kiedy średnią? Kiedy poszłaś do pracy? Kiedy poznałaś swojego pierwszego mężczyznę? Kiedy wyszłaś za mąż?

– Zaraz, chwilę, za dużo – Stanisława łapie się za głowę.

Eugenia wciąż się nie odzywa. Takie to do niej niepodobne.

– Już mówiłam, urodziłam się siedemdziesiąt lat temu 23 marca o ósmej godzinie w poniedziałek i chyba dlatego jestem taka pracowita.

– Akurat – burczy pod nosem Eugenia.

– Wprowadziłam się w latach siedemdziesiątych. Wtedy to był bardzo nowoczesny blok. Teraz każdy widzi jaki stary. Chyba nie znalazłby się chętny, gdybym chciała się zamienić.

– Co ty gadasz? Jakie lata siedemdziesiąte? Późne sześćdziesiąte. Nie pamiętasz naszych minispódniczek? – wtrąca się Eugenia.

– Nigdy bym nie założyła czegoś takiego. Wyobrażasz sobie w tym moje nogi?!

– Wtedy ci to nie przeszkadzało. I peruka też nie!

– Jaka peruka?

– Jaka, jaka, ty naprawdę nic nie pamiętasz?!

Wydaje się, że jeszcze chwila i Eugenia ze Stanisławą chwycą się za łby i poturlają po podłodze. Niezupełnie o to mi chodziło.

– Może przejdziemy do następnych pytań – proponuję.

Dość.

Obie krzyczą jednocześnie, żebym się wynosiła. Muszę, jeśli nie chcę oberwać. Chudy skrzat Dość prowadzi mnie do wyjścia, najpierw z mieszkania Eugenii, bo to u niej się spotkałyśmy, potem z bloku.

– A co z dalszymi szczegółami? – pytam skrzata.

– Innym razem.

Ja jednak nie daję za wygraną i idę do Studni Wiedzy.

Studnia Wiedzy.

Z poziomu świata, w którym jestem, świata Eugenii i Stanisławy wygląda jak studzienka kanalizacyjna. Odsuwam właz i wchodzę do środka po drabinie sznurowej z drewnianymi szczeblami. Skąd u mnie drabina? Tylko przez chwilę się nad tym zastanawiam. Brnę dalej, głębiej.

Na samym dole ciągnie się długi korytarz oświetlony ostrym jarzeniowym światłem. Na podłodze niebieskie płytki pcv. Białe ściany i drzwi po jednej i po drugiej stronie pomalowane na różne kolory. Te pierwsze po prawej błękitne, następne fioletowe, dalej zielone, na przeciwko czerwone, pomarańczowe, żółte. Które otworzyć? Gdzie trafię, gdy je otworzę? Czuję zimny pot na plecach i trochę trzęsą mi się ręce. W końcu decyduję się na zielone. Wchodzę do dużego ogrodu.

Ogród.

Jak ze snu o raju. Grusze, jabłonie, wiśnie, czerwone, żółte tulipany, pomarańczowe róże, wystrzyżone trawniki. Wszystko wydaje się takie grzeczne i posłuszne, dopóki nie trafiam na dziwne drzewo. Rośnie sobie za bordowym fotelem. Ani fotel ani drzewo do niczego nie pasują. Bardziej kojarzą się z surrealistycznym obrazem niż z rzeczywistością.

– No i masz swoje szczegóły.

Dopiero teraz zauważam, że w fotelu ktoś się kryje.

– Nie kryje się, tylko odpoczywa i nie ktoś, tylko ja, strażnik Drzewa Dobrego i Złego.

– Tego z Biblii?

– Niezupełnie. Można powiedzieć jednej z jego wersji. Ale usiądź sobie, odpocznij – strażnik ręką o długich pomalowanych na biało paznokciach pokazuje mi dotąd niedostrzeżony przeze mnie drugi, taki sam fotel.

Siadam. Skupiam wzrok na strażniku, próbując odnaleźć w nim szczegóły, które go określą. Czy jest mężczyzną, czy kobietą?

– Ani jednym ani drugim – czyżby potrafił czytać w moich myślach. Widzę jak jego brzuch trzęsie się ze śmiechu, a może jedynie sobie to wyobrażam, bo za obszerną długą czarno-białą szatą szczegóły się zacierają.

– Tak, dobrą masz wyobraźnię – jego głos pozostaje nieokreślony, nie odkrywa jego przynależności do płci. Myślę „jego”, choć równie dobrze pasowałoby „jej”.

– Nie wysilaj się – poprawia mnie – żadne „jego”, żadne „jej”. Nie należę do ziemskiego matriksa. Ja tylko pilnuję drzewa.

– Słabo pilnujesz – stwierdzam. – Ewa i Adam przyszli, zerwali owoc i zjedli.

– Czy przyszłaś, żeby zwracać mi uwagę na pilnowanie, czy po szczegóły?

– A pokażesz mi szczegóły?

– Drzewo ci pokaże. Zjesz owoc i zobaczysz.

– Aha, myślisz, że ci uwierzę jak Ewa z Adamem.

– Rób jak uważasz. Bez jabłka niczego się nie dowiesz.

Jabłko? Patrzę ze zdziwieniem na drzewo. Wydaje się, że jeszcze przed chwilą wyglądało jak brzoza, wcześniej jak gruby słup sięgający nieba. Teraz jest jabłonią. Czy to kolejna wersja historii biblijnej? Czy mam zerwać owoc i co się stanie, gdy go zerwę? Czy na pewno razem z nim pojawią się potrzebne mi szczegóły?

– Wiesz na czym polega twój problem? – odzywa się strażnik.

– Na czym?

– Zadajesz pytania. Nie zależy ci na odpowiedziach.

– Dobrze – decyduję się i zanim zdążę zmienić zdanie, zrywam jabłko.

Szczegóły.

– Jeszcze trzeba ugryźć. Samo zerwanie nie wystarczy – poucza mnie strażnik.

Gryzę więc. Miękkie, słodkie, takie jak lubię. Razem z nim wchłaniam w siebie szczegóły. Myślę, że wchłaniam. W głowie nadal czuję pustkę i jakby niewyraźny obraz, fragment, okruch z życia moich bohaterek. Próbuję wyłowić go z mgły niejasności. Na próżno. Strażnik się śmieje.

– Drzewo cię odrzuciło. Nie przeszłaś testu.

– Jak to? – nie rozumiem.

– Nie z każdym dzieli się wiedzą, bo gdyby się dzieliło, czy ja bym tu siedział?

– Właśnie, po co tu siedzisz? Po co je pilnujesz, przecież się nie dzieli?!

– Idź sobie, twój czas się skończył.

Wiatr się zrywa jakby strażnik rzucił zaklęcie. Potężny podmuch wyrzuca mnie z ogrodu, z długiego korytarza, ze studni, ze świata Eugenii i Stanisławy.

P. S. Wiem, że nie tego oczekiwaliście. Pocieszę Was, że ja też czuję się rozczarowana. Może naprawdę spróbuję innym razem?

  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
irena omegard

Eugenia i Stanisława są jedyne w swoim rodzaju

Maciej

Super opowiadanie 🙂
Jest takie powiedzenie: „diabeł tkwi w szczegółach”
pozdrawiam 🙂

Gratiana

Przeszłam się spacerkiem po zapisanej stronie życia Twoich bohaterek. Liczby Ciebie zafascynowały tym razem 🙂 żartuję. Jednak matematyka ludzka w pamięci i odbieraniu świata nie zawsze przyjemna, choć się mówi, że bez historii nie ma nas. Jednak gdy te liczby wraz z wiekiem rosną i my przestajemy być postrzegani dla świata jako żywi. Stajemy się historią wspomnień. Też zastawiam się co lepsze w krainie poznawczej i zrozumienia. Pytania rodzące kolejne pytania, czy odpowiedzi na już zadane, by można było zadać następne, by choć trochę zrozumieć. By zrozumieć te nasze „tu i teraz” i żyć w zgodzie z tym co nam dostępne. Dobry tekst. Cieplutko pozdrawiam. To taka moja refleksja po przeczytaniu tekstu.